Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/habes.ta-pojemnik.swiebodzin.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
ki Chris. - Nikt z nas nie będzie miał serca przychodzić tu po tym wszystkim. - Zajmiesz się sprzedażą, Beck? - spytał Huff. - Nie chcę mieć więcej do czynienia z tym miejscem. - Załatwię to. - Beck wskazał na pistolet starego. - Co zamierzałeś z tym zrobić? - Nie mogłem się dodzwonić do Chrisa i ostrzec go przed Watkinsem. Chyba trochę spanikowałem, ale jak się okazuje, słusznie. Kiedy tu przyjechałem i zobaczyłem wozy policyjne stłoczone wokół kabiny, przeżyłem kilka chwil istnego piekła. Myślałem, że przybyłem za późno. - Znów zacisnął dłoń na ramieniu Chrisa. - Kiedy pomyślę, co mogło się stać... - Daj spokój, Huff - złajał go łagodnie Chris. - Tylko się nam tu nie rozklejaj. - I odłóż ten pistolet, nim zrobisz komuś krzywdę albo odstrzelisz sobie męskość. - Zrobię to, Beck - zaśmiał się Huff. Pokazał ręką przestrzeń za chatą rybacką. - Musiałem zaparkować na drodze, kawałek stąd. Teraz jadę do fabryki. Musimy zastanowić się wspólnie, jak przerobić inspektorów z OSHA. - Przerobić? - spytał Beck. Huff puścił do niego oczko. - Może staną się bardziej spolegliwi, jeśli rzucimy im kogoś na pożarcie. Kogoś do odstawki. - Ubiegłem cię, Huff - rzekł Chris. Opowiedział im o umowie, jaką zawarł z Lilą. - Teraz już nie muszę oczyszczać swojego imienia z jej pomocą, co nie znaczy, że nie możemy wykorzystać George'a jako kozła ofiarnego. - Doskonale, w takim razie mamy to z głowy - orzekł Huff. - Idziecie ze mną? Chris spojrzał na swoją pokrwawioną pierś i skrzywił się z odrazą. - Przyjadę, jak tylko się umyję. - A ja zostanę z Chrisem, dopóki stąd nie odjedzie - oświadczył Beck. Huff pożegnał ich skinieniem dłoni i zniknął za chatką rybacką. Chris wszedł do środka na kilka minut, żeby zabrać koszulę i buty. - Wczoraj w nocy włożyłem ubranie do szafy - powiedział Beckowi. - Całe szczęście, bo wnętrze wygląda jak rzeźnia, a cuchnie jak targ mięsny. Beck podążył za Chrisem do początku pomostu, gdzie zainstalowano kurek i wąż gumowy, używany zazwyczaj do opłukiwania ryb podczas czyszczenia. Była tam również porcelanowa miska i kilka kostek mydła. Stojąca na brzegu Sayre odwróciła się na głuchy dźwięk ich kroków. - Jeśli nie chcesz zobaczyć, jak wygląda prawdziwy mężczyzna, lepiej zamknij oczy, bo zamierzam się rozebrać - rzucił w jej kierunku Chris. - Jesteś w zastanawiająco radosnym nastroju jak na kogoś, kto właśnie zadźgal człowieka nożem. - Wolałabyś raczej, żeby on zadźgał mnie? Nie, nie odpowiadaj. Mogłabyś zranić moje uczucia. - Jak możesz być tak zblazowany, Chris? Czy nic cię nie wzrusza? Zastanowił się przez moment nad odpowiedzią, po czym wzruszył obojętnie ramionami. - No, niewiele. Sayre spojrzała na niego z odrazą. - Jesteś kanalią, Chris. Zawsze byłeś. - Nie. Jestem ukochanym pierworodnym synem Huffa. Oto kim jestem, byłem i będę. Zawsze cię to bolało, prawda? - Zapewne sycisz tą myślą swoje kolosalne ego, ale bardzo się mylisz. Widząc, że kłótnia rodzeństwa prowadzi donikąd, Beck postanowił dyplomatycznie się wtrącić. - Weź mojego pikapa - powiedział do Sayre. - Ja pojadę z Chrisem do fabryki, na spotkanie z

- Naprawdę? - ucieszyła się Tammy.

mężczyznę. Był wysoki i przystojny, ubrany w spłowiałe
Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Czego nie powiedział?
- Nie rób ze mnie wała, Robichaux. - Santos zmrużył oczy. - Masz cynk czy nie?
- Dobry Boże, panno Stoneham, co się stało z Timsonem? - zapytał Lysander, biorąc od niej tacę.
Słysząc to, Alli rzekła:
- Gdzie zaparkowałaś?
- Nie wygłupiaj- się, Willow! - Zamknęła drzwi i poprowadziła
- Z pewnością postępuje tak, jakby była nam równa! - przytaknęła jej towarzyszka.
- Wyglądasz tak mizernie, przepraszam, jeśli cię zmar¬twiłyśmy - rzekła Eleanor i poklepała przyjaciółkę pocie-szająco po dłoni. - Naprawdę myślałyśmy, że wiesz o wszy¬stkim.
nie pogładzić jej włosów.
Zmarszczył brwi.
w obawie przed porozrzucanymi wszędzie zabawkami synka.
się do niego, co okazało się zarazem szczęściem, jak i dramatem.

spotkaniu z Latarnikiem oraz z pewnym pilotem na Ziemi, który na pustyni podarował mu pięknego baranka.

wdychała zapach jego wody kolońskiej.
- Co pani Ŝyczy sobie zamówić?
panią Sanders i dekoratorką wnętrz Ŝadna kobieta nie przekroczyła progu jego domu.

- I co teraz? Mam się poczuć lepiej po takiej informacji? - zapytała ze Izami w oczach. - Podziękować ci za szczerość? Po prostu... - zaśmiała się przez łzy - po prostu cię poniosło, tak? Wcale mi nie jest lepiej!

Jeżeli chodzi o Danny'ego, jego telefony do niej mogły dotyczyć czegoś ważnego lub zupełnie nieistotnego. Statystycznie rzecz biorąc, samobójcy rzadko zwierzali się innym ze swoich planów. Gdyby odebrała telefon, mogła co najwyżej opóźnić nieuniknione, to wszystko. Była egoistką, myśląc, że potrafiłaby go odwieść od odebrania sobie życia, skoro nie udało się to nawet jego narzeczonej. Chwyciła w lustrze odbicie Chrisa. Obserwował ją, jakby wiedział, że zastanawia się nad sensem swojego postępowania i nad sobą samą. Zebrała wszystkie siły i odwróciła do brata. - Zadałeś mi bezpośrednie pytanie i oto moja odpowiedź, Chris. Dlaczego wolę zaufać niewiarygodnemu źródłu, a nie tobie? Ponieważ Huff rozpuścił cię jak dziadowski bicz, co widać, słychać i czuć. Jesteś totalnym egoistą i robisz tylko to, co przynosi ci jakiś zysk. Kiedy ktoś cię przyłapie na złym uczynku, liczysz na to, że twój czar albo wpływy Huffa zaoszczędzą ci kłopotów. Jesteś pochłonięty sobą, hedonistyczny i amoralny. Kłamiesz, często tylko dla przyjemności, by przekonać się, że ujdzie ci to na sucho. Nikt nigdy w życiu niczego ci nie odmówił, może poza rozwodem, chociaż jestem pewna, że przy pomocy Huffa uzyskasz go w końcu, uczciwie lub nie. Czy uważam, że zabiłeś Iversona? - spytała retorycznie. - Tak. I to ci się upiekło. Jeżeli jednak zabiłeś Danny'ego, zapłacisz za to, Chris. Przysięgam ci, że sama tego dopilnuję. Chris odstawił kubek z winem na stolik. - Sayre, usiądź. Proszę. To słowo w jego ustach było tak niezwykłe, że Sayre wróciła w pobliże łóżka i przysiadła na jego brzegu, niechętnie. Chris sięgnął po jej dłonie i przytrzymał, gdy chciała je cofnąć. - Pomyśl o tym, jak umarł Danny - rzekł cicho. - Żeby go zabić, musiałbym zdjąć znad drzwi starą strzelbę, załadować obie komory, wepchnąć mu lufę do ust i pociągnąć za spust. Pomimo wszystkich moich wad, jakie przed chwilą wymieniłaś, naprawdę sądzisz, że potrafiłbym zabić własnego brata? Nie zrobiłem tego - dodał, nie czekając na odpowiedź. - Nie zabiłem Danny'ego. Robisz z siebie idiotkę samym tym podejrzeniem. - Co to dla ciebie za różnica? - Żadna. Po prostu nie chcę, żebyś poczuła się zażenowana. Powód jego nonszalanckiego wytłumaczenia był tak przejrzyście jasny, że od razu zrozumiała, o co chodzi. - Nie, myślisz o czymś innym, prawda Chris? Odciągam od ciebie jego uwagę, prawda? - O czym ty mówisz? - O Huffie. Sprawiam wam kłopoty i chociaż wyprowadzam go z równowagi, jego uwaga koncentruje się na mnie, a ty nie możesz tego ścierpieć. Oczy Chrisa stały się pustymi okiennicami, odbijającymi jej wizerunek w hebanowej głębi. Wargi, przed chwilą rozciągnięte w gładkim uśmiechu, teraz zacisnęły się w wąską kreskę. Ledwo się poruszyły, kiedy powiedział: - Wracaj do San Francisco, gdzie twoje miejsce, Sayre. - Tak, wiem, że tego właśnie byś chciał. - Nie dla mnie, dla ciebie. Sayre roześmiała się, kładąc rękę na piersi. - Mam uwierzyć, że zależy ci na moim dobrym samopoczuciu? - Owszem. Sama powiedziałaś, że ostatnimi czasy Huff sporo o tobie myśli. Chcesz wiedzieć dlaczego? Chcesz usłyszeć, co planuje dla swojej córeczki? - uśmiechnął się szyderczo. 25
jednak
- No i jak rolnicy z południa Broitenburga będą nawad¬niać swoje pola? - zwrócił się Mark do bratanka.

- Nie... Chcę widzieć twoją reakcję, jak odbierasz moją miłość, Alli.

- Nie bezpośrednio. Nie byli sobie aż tak bliscy. - Mieszkali w tym samym domu. - To prawda, mieli ten sam adres zamieszkania, ale rzadko spędzali razem czas. Gdy zaś do tego przychodziło, zazwyczaj towarzyszyli im wtedy Huff i Beck Merchant. Widywali się oczywiście w pracy, ale zajmowali się czym innym i komunikowali się bezpośrednio z Huffem, a nie ze sobą. Nie przebywali w tych samych kręgach towarzyskich, zwłaszcza od czasu, gdy Danny zaangażował się w sprawy duchowe. - Jessica przerwała. - Wydaje mi się, że z tym właśnie wiązał się problem Danny'ego. Zmagał się z jakimś konfliktem moralnym. - Jakim? - Sama chciałabym wiedzieć, zwłaszcza jeżeli przez to umarł. Bolała mnie jego rozterka i prosiłam niejednokrotnie, żeby porozmawiał o tym, co go dręczy, ze mną, z pastorem lub z kimś, komu ufał. Danny odmówił. Powiedział tylko, że nie może stać się chrześcijaninem, jakim powinien być lub jakim powinien się stać zdaniem innych. - Miał wyrzuty sumienia? Jessica pokiwała głową. - Powiedziałam mu, że nie ma takiego grzechu lub zaniedbania, którego Bóg by nam nie wybaczył. Danny obrócił to w żart. Powiedział, że najwyraźniej Bóg nie spotkał jeszcze Hoyle'ów. - Uważasz zatem, że Danny nigdy nie uporał się ze swoim problemem? Sayre miała płonną nadzieję, że po tym, jak odmówiła rozmowy z bratem, brat znalazł jakąś życzliwą duszę, kogoś, kto go wysłuchał i pocieszył. Jessica jednak pokręciła powoli głową. - Nie sądzę, że to zrobił i boli mnie myśl, że umarł, nie zaznawszy spokoju w sercu. - Może w końcu odnalazł spokój - rzekła Sayre, znów na przekór wszystkiemu pragnąc, aby jej słowa stały się prawdą. Jessica spojrzała na nią i obdarzyła ją łagodnym uśmiechem. - Dziękuję, że to powiedziałaś, ale nie sądzę, by Danny odzyskał spokój. Im więcej rozmawialiśmy o małżeństwie i przyszłości, tym bardziej uginał kark pod ciężarem swojej tajemnicy. To tylko podejrzenia, ale... - Proszę, powiedz mi. - Nieustannie martwił się warunkami pracy w odlewni. Nie był dumny z reputacji fabryki, z łamania przepisów OSHA i tym podobne, ale mimo to zatrudniał tam nowych ludzi. Wiedział, że ich praca niesie z sobą ogromne niebezpieczeństwo, zwłaszcza przy tak minimalnym prze-szkoleniu, jakie przeszli. Może nie potrafił z tym już dłużej żyć. Do drzwi zapukała kobieta z recepcji. Przeprosiła za przerwanie rozmowy i powiadomiła Jessicę, że przybyła grupa przedszkolna na wysłuchanie kolejnej bajki. - Dwadzieścioro aniołków dopytuje się o ciocię Jessicę - rzekła. - Nie wiem, jak długo zdołamy ich jeszcze utrzymać w ryzach. Kiedy wychodziły z magazynu, Sayre poprosiła Jessicę o przysługę. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odkryć, co przydarzyło się Danny'emu. Czego potrzebujesz? - Informacji. Czy znasz kogoś, kto pracuje w sądzie? Nastroje w hali fabrycznej były pogrzebowe, przytłaczające, mroczne i depresyjne, jak samo pomieszczenie. Beck zauważył to od razu, gdy zszedł na dół i ruszył w stronę feralnego podajnika, który zeszłej nocy stał się przyczyną tragicznego wypadku. Wszyscy pracowali, ale bez widocznego entuzjazmu i w całkowitej ciszy. Nikt nie patrzył mu w oczy, ale Beck czuł ich
- Och, nie tylko ty byś brał. - Na jej wargach znowu zaigrał uśmiech, tym razem uroczo przekorny. - Jestem du¬żą dziewczynką, Wasza Wysokość, i wiem, czego chcę. - Na
- Teraz już rozumiem. To, że się przebywa w jednym miejscu, nie oznacza wcale, że nie można się przemieszczać